| kolaż zwyczajny | |
| Link :: 13.01.2012 :: 11:15 nie mogę zapomnieć o drive. chyba już na zawsze we mnie zostanie. sceny mogę oglądać w kółko. wygląda na to, że drive stał się moim nowym donnie darko. and i wish i was a driver. Komentuj (0) Link :: 12.01.2012 :: 22:40 okrutnie wieje, ale czuję się tu bezpieczniej niż na wyspie, tutaj jest dach nad głową. james van der beek torturował matthew gray gublera; słodki dawson; gdy tylko się uśmiecha, moje serce się rozpływa, to najwspanialsze momenty mojego życia. trochę tu smutno, niedobrze mi, niedobrze mi od mojej nieudolności, social status lower than... whatever, i love scrumptious shapes of aislinn paul and busy phillips. ryan driver gosling, i kinda remember him from years back, can't really remember, wcześniej niż fanatyk chyba, fanatyk samotnie w kinie światowid, podarte dżinsy, glany, zero kobiecości, cały świat mój, lato, grupa głośnych kibiców wracających z meczu, ciepły wieczór na przystanku na warszawskiej, nie wsiadłam do tego autobusu, którym jechali, o nie. banał, gdy zasmakujesz książek w oryginale, nie będziesz w stanie czytać polskich tłumaczeń. tłumaczenia są jak książki dla dzieci; ugrzecznione, bez sensu, idiotyczne. don't cross your ball about it, nie wpieniaj się, jasne. ale ja przecież się nie znam; na niczym się nie znam, mnie po prostu jest niedobrze. Komentuj (0) Link :: 23.12.2011 :: 11:17 grudzień, czas frengers mew i adore smashing pumpkins. Komentuj (1) Link :: 01.12.2011 :: 16:48 dziwna prawidłowość; znów piszę przed wizytą u świrologa, myślałam o zwiększeniu dawki w związku z nastrojową stagnacją, ale to chyba nie jest dobre rozwiązanie. chemiczne polepszanie nastroju, jakkolwiek przyjemne by nie było, to przecież tylko ucieczka. a ja przecież w staraniach antyucieczkowych poczyniłam jeden krok naprzód i zapisałam się na kolejny egzamin w m(w)ordzie; w maju zamierzam jechać na hel jako kierowca! plan z kierowaniem do wrocławia nie wypalił, no ale wypalił sam wrocław, gdzie widziałam boskiego patricka w idealnej scenerii małego klubu. miał śliczną nową fryzurkę, połyskujący odsłuch w uchu i słodką dziurę pod pachą w złotym sweterku. koncert całkowicie inny niż ten w dublinie; na tej trasie grał w academy i trochę żałuję, że go tam nie widziałam, ale doceniam wszystkie walory sugar clubu, które sprawiły, że marcowy koncert był tak wyjątkowy. nie wiem czy w academy, pomimo całej świetności tego klubu, możliwa by była aż taka intymność i interakcja z ludźmi. po drodze zostałam słomianą wdową na tydzień i spędziłam w domu rodzinnym dwa słodkie dni z cyklu powrót do dzieciństwa. tam (do końca nie jestem pewna, czy to dobrze czy źle) nic się nie zmienia, włączając plakat z sen to chihiro no kamikakushi w ubikacji, który powiesiłam tam pewnie jakieś osiem, dziewięć lat temu. no może tylko oprócz czarnego paździoszka labradora; jego brak; czasem wciąż wydaje mi się, że zaraz go zobaczę, że będzie leżał pod drzwiami lub stołem, że zaraz przybiegnie po coś do jedzenia. pomyśleć, że pół roku przyzwyczajałam się do jego obecności a po ponad roku podałam mu jedzenie z ręki... w pracy nadal pewne niepowodzenia, jestem chyba najgorszą kasjerką na świecie :) pytanie tylko jeśli nie praca na kasie, to co? chyba już tylko sprzątanie. szkoda tylko, że w sprzątaniu jestem jeszcze gorsza niż w kasowaniu. muszę przyznać, że gdzieś pomiędzy trzecim a czwartym sezonem przez chwilę zaczęłam doceniać pewne walory pacey, ale koniec końców i tak króluje dawson, a scena z początku piątego sezonu, kiedy puka do drzwi pokoju joey w akademiku i ona otwiera drzwi i tak stoją naprzeciw siebie jest najpiękniejsza z całego serialu. Komentuj (0) Link :: 08.11.2011 :: 13:41 director's cut; nie wiem za bardzo od czego zacząć, to co w mojej głowie jest ostatnio dość zamazane, to pewnie dlatego, że tak naprawdę nie chcę myśleć o poważnych sprawach i nie chcę tych myśli, które czasem chcą się wydostać na powierzchnię. chcę od nich uciec, może od przyszłego miesiąca powinnam się zastanowić nad zwiększeniem dawki ssri; tak wiem, to tylko ucieczka, ale hej, przecież w tym jestem mistrzem, rozwijam tę umiejętność całe moje życie. nigecha dameda, jasne... powrót do shin seiki evangelion obudził dawne uczucia i porzucone gdzieś po drodze zainteresowanie językiem japońskim, cieszy mnie, że coś tam, niewiele, ale zawsze coś, łapię z mówionego japońskiego. na marginesie tworzy się fabularna wersja akiry, kiedyś, dawno temu, gdy usłyszałam o tym pomyśle nie mogłam ukryć podekscytowania, ale gdy teraz dowiedziałam się, że miejsce akcji stanowić ma nowy jork, wiem że nie może wyjść z tego nic dobrego. swoją drogą realizują również cowboya bebopa, podobno keanu reeves ma wcielić się w rolę spike'a spiegela. kaneda, tetsuo, spike, faye valentine oni już zostali stworzeni i nikt nigdy nawet się nie zbliży do ich poziomu, nie wierzę, że to możliwe. powrót do przeszłości przyniósł myśli o przeszłości. zastanawiam się, co stało się ze mną z tamtych lat. wtedy tyle mnie interesowało, głęboko i gorąco, wtedy chciałam sięgać dalej, czuć więcej i mocniej, wydawało mi się, że mogę kimś być i coś osiągnąć, miałam jakieś marzenia; jednocześnie wydawało mi się, że jestem ograniczona i nie żyję naprawdę, ale w porównaniu ze mną teraz, życie wtedy było można nazwać życiem, a teraz, teraz to jakiś cień, pustka, uczucie końca wszystkiego, żadnych perspektyw na przyszłość. dwie wizyty w teatrze w przeciągu kilku tygodni również poruszyły tę nutę młodzieńczego odczuwania i to mnie boli, niepokoi, uciekam od tych wspomnień, nie wiem jak sobie z nimi poradzić... bo czuję, że zawiodłam sama siebie. myślę, że większość moich problemów bierze się stąd, że nie lubię i nie akceptuję siebie, uważam, że zawiodłam sama siebie, jestem dla siebie nikim i nie mam absolutnie siły, by cokolwiek zmienić. zastanawiam się, co sprawiło, że tak się zmieniłam. może to przez wrodzoną nadwrażliwość i ultracienką skórę? przez to, że tak łatwo mnie zranić i zniechęcić i przez ten mój negatywny upór, żeby odpuścić i nie robić nic? może również przez brak autorytetu, mentora, który by swym działaniem i oddziaływaniem na mnie napędzał mój wewnętrzny silnik, bo ja najwyraźniej nie jestem w stanie sama nic zdziałać. wstyd mi za siebie. siedząc w teatrze i obserwujących tych cudownych ludzi na scenie, z podziwem i niedowierzaniem zdałam sobie sprawę, że może być inne życie, że można w życiu robić coś, co przynosi zadowolenie i spełnienie, że to tylko ja przegrałam swoje. Komentuj (0) Link :: 06.11.2011 :: 20:39 krótko; wczoraj przebudzenie wiosny w chorzowskim teatrze rozrywki, było przepięknie, przyjdę znowu. jedynie przebrana w eleganckie ubranie czułam się nieswojo. zdecydowanie nie lubię. wcześniej, przed samym wejściem do teatru, traaachbrzdęęęk, samochód wrąbał w samochód, blacha marszczy się i gniecie, dym, potem ogień, bałam się przejść obok, bałam się, że wybuchnie. Komentuj (1) Link :: 25.10.2011 :: 11:32 kieruję się ku wnętrzu; znowu; po długim czasie. koncentracja na snach, rozmyślanie o nich na jawie również to potwierdzają. czy można się temu dziwić? przecież to, co dzieje się w snach jest milion razy bardziej ciekawsze niż to, co w moim prawdziwym życiu. nie narzekam, to co działo się w mojej głowie zawsze było atrakcyjniejsze od tego, co poza nią. myślę, że to dlatego tak beznadziejnie się czuję, gdy milknie moje wnętrze. antonina i broccoli są gdzieś tam obecne, ale na razie jeszcze się za nie nie biorę. chyba trochę się boję tego, co może się wiązać z dalszym ciągiem ich opowieści. boję się, że pewne uczucia, jakie żywią do siebie mogą być zbyt autobiograficzne i dziwnie aktualne; nie jestem pewna czy chcę je wyciągać na powierzchnię; tak wiem, mam swoisty rodzaj moralności. (czasami bardzo mocno chcę, by ona była obecna blisko w moim życiu; w taki sposób) dawno nie sięgałam po muzykę, ostatnio tylko trochę w drodze z pracy mew i patrick (którzy później mi się śnią; spisywanie snów jest genialne; trafiłam w sedno koncentracji na sobie), ale dziś sięgnęłam po nowego busha, moja pierwsza nastoletnia muzyczna miłość; no cóż stwierdzam, że wciąż mam słabość do gavina rossdale. dużo by pisać, dużo wspomnień (oczywiście tych związanych z przeżyciami wewnętrznymi), w kółko słuchane i śpiewane glycerine i comedown przed oczami mam początek teledysku do swallowed, rety co za facet. Komentuj (2) Link :: 16.10.2011 :: 09:49 myśli pozytywne jeszcze się nie pojawiają, negatywnych jest mniej, mniej jest też stresu, co pomogło mi przejść przez kilka sytuacji, które bez polepszaczy nastroju mełłabym w głowie do znudzenia. w pracy trochę nabroiłam; dopadło mnie zmęczenie i skupienie poszło sobie gdzieś i się stało, trudno. na polu praca - umiejętność utrzymania się - wgląd w przyszłość wciąż czuję się niepewnie, do głosu dochodzi głupota i totalny brak wiary w siebie połączony ze świadomością głupoty i braku kompetencji. z tego chyba nigdy się nie wyleczę. poza tym byłam na rozmowie w budynku, w którym nie umiałam obsługiwać windy, ale dzięki polepszaczom jakoś dałam radę. nie stresowałam się również sprawdzaniem znajomości języka angielskiego oraz wiedzy o it. tej ostatniej w ogóle nie posiadam, a niestety konieczna jest do tej pracy. no cóż, przynajmniej polepszacze sprawiły, że było sympatycznie i z przyjemnością obserwowałam panoramę katowic z wysokości jedenastego piętra. dziś w końcu zabrałam się za spisywanie snów, o którym myślę już od dłuższego czasu. mam specjalny zeszyt, ale nie mam specjalnego długopisu, może to był powód dla którego tak długo zwlekałam. ale głupoty wymyślam. w swej nudnej i bladej egzystencji wciąż zachwycam się dawson's creek i wciąż fascynuje mnie ikari shinji-kun. Komentuj (0) Link :: 05.10.2011 :: 22:58 sama już nie wiem czy te tabletki działają, czy też nie. przez kilka dni trzymał mnie dość silny stan lękowy, a przedwczoraj i wczoraj miałam nawrót bardzo negatywnego depresyjnego myślenia, powrót do stanu przed pierwszą wizytą. być może przyczyniła się do tego spektakularna porażka podczas egzaminu w mordzie; chociaż bardziej niż sam fakt oblania przygnębił mnie sposób, w jaki to zrobiłam. oczywiście odpuściłam, powiedziałam, że już koniec, czas zabrać papiery i odzyskać piękne zdjęcie. ale wczoraj wieczorem znacznie poprawił mi się humor. częściowo wpłynął na to wyjątkowo dobry dzień w pracy; wyjątkowa sytuacja, wyjątkowe traktowanie, wyjątkowo dużo przerw i wyjątkowe darmowe hot-dogi. w każdym bądź razie dziś postanowiłam, że spróbuję jeszcze raz, do trzech razy sztuka, no nie? no i nigecha dameda, taaaa; obejrzałam dziś dwa epizody shin seiki evangelion, a w moim pokoju, którego już nie ma znalazłam ostatnio mangi; a już myślałam, że gdzieś je zgubiłam, fajnie tak sobie powspominać dawne uniesienia, heh. z małych cudów: wyprzedane bilety na wrocławski koncert patricka wolfa się odsprzedały. jedziemy! co prawda nie będę mogła prowadzić samochodu, cóż, może kiedyś przyjdzie pora i na ten cud. edit. 06/10 albo i nie (uznałam, że chyba za dużo tych pozytywnych myśli; zupełnie jakbym to nie była ja) Komentuj (0) Link :: 28.09.2011 :: 11:31 za wiele się nie dzieje, zbyt dużo czasu spędzam sama z sobą, by móc opisać moc przygód. potwierdziły się moje przypuszczenia, tabletki nie rozwiążą problemu, jedynie nieco łatwiej brnąć z nimi przez każdy dzień. jestem jakby oddzielona od moich uczuć, są za drzwiami i trochę rzadziej się do nich dobijają, a to zawsze coś. dziś kolejna wizyta, mam nadzieję, że dostanę receptę na więcej niż jedno opakowanie, bo płacić sto złotych za comiesięczną receptę zdecydowanie nie zamierzam, chyba już wolę trwać w czarnej dziurze otoczona swoją beznadziejnością. w ciągu ostatnich dwóch tygodni spędziłam z rodzicami więcej czasu niż przez ostatnie dwa, trzy miesiące. wydaje się, że żałoba po ukochanym piesku obudziła w nich gdzieś zagubioną uczuciowość i wrażliwość. znów przypominają rodziców, z którymi dobrze się czułam, a nie poddanych dziwnej metamorfozie prawie obcych ludzi, których towarzystwo negatywnie nastrajało. ja odejście paździoszka zniosłam dużo lepiej, niż wydawało mi się, że zniosę, gdy wcześniej o tym myślałam. być może ma to związek z uczuciami za drzwiami. wiadomo, jest smutek, ale napełniony masą dobrych wspomnień i świadomością, że psiurek miał lepsze życie, niż niejeden człowiek. jestem pewna, że czarny labrador wciąż biega nocami po łące. w swej nieustającej fascynacji nastoletnimi latami, których nie przeżyłam, wciągnęłam się w awkward oraz odświeżyłam dawson's creek. w sumie wciąż odświeżam, bo pochłonęłam dopiero sezon pierwszy i część drugiego, więc jeszcze sporo przede mną, ale zdania raczej nie zmienię, zdecydowanie dawson a nie pacey. swego czasu w moim pokoju, którego już nie ma, miałam plakat joey i pacey, z tym że na twarz pacey nakleiłam kartkę z napisem dawson, nie pacey. no, ale kto wie ten wie, kogo koniec końców joey wybrała. jej strata. w tym samym pokoju miałam również rysunek shinji ikari podpisany me like shinji; zawsze wydawało mi się, że jestem podobna do niego, pamiętam, że idąc na przystanek i kierując się do szkoły mówiłam do siebie nigecha dameda, nigecha dameda, nigecha dameda. i co z tego? powtarzanie mantry nie mogę uciekać w moim przypadku nie zdaje egzaminu. ja uciekam. poddaję się. zupełnie nie jestem jak shinji, który, co tu dużo mówić, zdziałał wiele, choć dużo go to kosztowało. a ja jestem tchórzem, nic mnie nie motywuje, nie mam ochoty, jestem darmozjadem, który je zdecydowanie zbyt dużo (czy to też dzięki tabletkom?) w następnej kolejności odświeżam shin seiki evangelion, znów będę w zachwycie zbierać szczękę z podłogi. Komentuj (1)
|
2012 styczeń 2011 2010 2009 2008 2007 ownlog.com fotolog.pl @ |